Dwa sny o wspólnocie chrześcijańskiej i miejscu w niej Chrystusa
Wstęp
Chciałbym opowiedzieć dwa sny, które pojawiły się po sobie i tworzyły jedną historię. Od razu zaznaczam, że nie traktuję ich jako objawienia, proroctwa ani podstawy do oceniania Kościołów czy ludzi. Zapisuję je jako doświadczenie senne, które skłoniło mnie do refleksji nad wiarą, wspólnotą chrześcijańską i miejscem Chrystusa w moim życiu oraz w życiu innych wierzących. Po trzydziestu latach obecności w środowisku protestanckim wróciłem do Kościoła rzymskokatolickiego, w którym czuję się bezpiecznie. Dlatego poniższy opis nie oznacza pragnienia powrotu, lecz próbę odczytania moralnej nauki płynącej z tych snów dla mnie oraz innych chrześcijan. Nie narzucam nikomu tej interpretacji jako jedynie słusznej.
Pierwszy sen — wspólnota skupiona na Ciele i Krwi Chrystusa
Śniło mi się, że uczestniczyłem w nabożeństwie w pewnym kościele. Zamiast siedzieć na krześle, leżałem na kilku siedzeniach, ponieważ odczuwałem taką potrzebę terapeutyczną w swoim ciele. Nie przeszkadzałem jednak nikomu, gdyż w pobliżu było wiele wolnych miejsc.
Mimo tej nietypowej pozycji z wielką uwagą wsłuchiwałem się w kazanie pastora. Głosił on o duchowej potrzebie przyjmowania Ciała i Krwi Pana Jezusa Chrystusa. To, co mówił, bardzo mnie poruszało i trafiało do mojego serca. Zwrócił również uwagę młodym ludziom, że podczas swoich tygodniowych spotkań modlitewnych nie mają zwyczaju spożywania chleba i wina na pamiątkę Chrystusa. Jako uzasadnienie przytoczył słowa z 6. rozdziału Ewangelii Jana, mówiące o Chrystusie jako źródle prawdziwego życia.
Leżąc, uważnie obserwowałem reakcje zgromadzonych. Spoglądałem między innymi na twarze starszych tego kościoła i nie dostrzegłem żadnego zdziwienia ani konsternacji, jakoby treść kazania była teologicznie niewłaściwa. W moim śnie odebrałem to jako znak, że nauczanie było przez nich akceptowane.
Po kazaniu rozpoczęło się wspólne uwielbienie Boga pieśniami, a następnie wierni zaczęli przyjmować chleb i wino. Niedługo potem nabożeństwo dobiegło końca. Ja jednak opuściłem budynek wcześniej, zanim uczestnicy zaczęli się wzajemnie witać i ze sobą rozmawiać.
Drugi sen — pokuta, osądzenie i ofiara pięciu złotych
Następnie sen zdawał się płynnie przejść w dalszy ciąg, jakby w drugą część tej samej historii. Po opuszczeniu pierwszego nabożeństwa trafiłem do innej protestanckiej społeczności — bardziej tradycyjnej w swojej liturgii, ale w moim odczuciu również poprawnej teologicznie. Świadomie postanowiłem wziąć udział w nabożeństwie, mimo że wiedziałem, iż obowiązują tam bardziej uporządkowane formy jego przebiegu.
Z powodu niewygodnych siedzeń zamiast usiąść, przyklęknąłem, pogrążając się w modlitewnej zadumie. Z uwagą wsłuchiwałem się w treść pieśni śpiewanych przez zgromadzonych, a następnie w kazanie. Zgadzałem się z jego przesłaniem, które koncentrowało się na odkupieńczej i zbawczej mocy Pana Jezusa Chrystusa.
Gdy cały zbór rozpoczął wspólną modlitwę, ku mojemu zdziwieniu usłyszałem modlitwę w językach. Zaskoczyło mnie to, ponieważ kościół ten nie był wspólnotą pentekostalną. Poczułem się jednak swobodnie i również zacząłem modlić się w ten sposób.
W pewnym momencie odczułem silną i niezrozumiałą potrzebę zdjęcia z siebie ubrań. Nawet we śnie było to dla mnie zaskakujące. Jednocześnie bardzo głęboko przeżywałem modlitwę pokuty za swoje winy i grzechy. Pastor, wyraźnie zakłopotany sytuacją, zwrócił się do mnie publicznie przez mikrofon, prosząc, abym się ubrał. Natychmiast zacząłem wykonywać jego polecenie.
Zauważyłem jednak, że część zgromadzonych nie reagowała potępieniem ani szybką oceną, lecz z empatią modliła się za mnie. Pastor natomiast zaczął postrzegać mnie jako człowieka znajdującego się pod wpływem złego ducha. Widząc to, postanowiłem spokojnie odejść, aby nie wywoływać dalszego zamieszania.
Zanim opuściłem kościół, chciałem dołożyć swoją ofiarę do wcześniej zebranej kolekty. Podszedłem więc do pastora i otworzyłem portfel. Przypadkowo otworzyła się kieszeń z monetami, choć zamierzałem wyjąć banknoty. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć lub zrobić, pastor zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem, dlaczego chcę dać jedynie monety, i zasugerował, że powinienem złożyć większą ofiarę.
Poczułem lekkie, lecz kulturalnie wyrażone oburzenie. Odpowiedziałem, że zamierzałem przekazać więcej, jednak po jego wypowiedzi postanowiłem dać tylko pięć złotych. Pastor nie chciał tej ofiary przyjąć i zachęcał mnie, abym ją zatrzymał. Wówczas nawiązałem do ewangelicznej historii o ubogiej wdowie, której skromny dar został dostrzeżony przez Jezusa. Wręczając pięć złotych, powiedziałem z przymrużeniem oka, pół żartem, pół serio, że być może przydadzą się choćby na opłatę za parking albo na inną drobną potrzebę. Następnie spokojnie opuściłem ten kościół.
Wspólna konkluzja i wnioski
Obie części snu rozgrywały się w różnych wspólnotach protestanckich, ale w obu centralne miejsce zajmował Jezus Chrystus. W pierwszej części pojawił się jako duchowy pokarm i źródło życia, a w drugiej — jako Odkupiciel i Zbawiciel. To prowadzi mnie do najważniejszego wniosku: centrum chrześcijańskiej wiary nie powinny stanowić formy nabożeństwa, emocje, urzędy, pieniądze ani przynależność wyznaniowa, lecz osoba i dzieło Chrystusa.
W obu snach moja postawa ciała była nietypowa, lecz wewnętrznie pozostawałem skupiony na Bogu. Może to przypominać, że nie zawsze da się trafnie ocenić duchowy stan człowieka na podstawie samego zachowania zewnętrznego. Jednocześnie drugi sen pokazuje, że wspólnota ma prawo chronić porządek i granice. Empatia nie oznacza akceptowania każdego zachowania, ale troska o porządek nie usprawiedliwia publicznego upokarzania ani pochopnego przypisywania człowiekowi działania złego ducha.
Pastor miał prawo polecić mi, abym się ubrał, a ja słusznie natychmiast się podporządkowałem. Problemem nie było więc samo postawienie granicy, lecz szybkie przejście od korekty zachowania do osądzenia całej osoby. Dojrzała wspólnota powinna umieć jednocześnie powiedzieć: „tego zachowania nie możemy zaakceptować” oraz „nie odrzucamy ciebie jako człowieka”.
Ważny jest również motyw ludzi, którzy modlili się za mnie z empatią. Ich postawa przypomina mi, że prawdziwa wspólnota chrześcijańska polega na wzajemnym noszeniu ciężarów, mówieniu prawdy z miłością oraz pomaganiu człowiekowi w odzyskaniu wewnętrznego i zewnętrznego porządku. Sama poprawność teologiczna nie wystarcza, jeśli nie towarzyszą jej miłosierdzie, cierpliwość i szacunek.
Scena z kolektą pokazuje natomiast, że wartości daru nie można mierzyć wyłącznie jego wysokością. Liczą się także intencja, możliwości i wolność ofiarodawcy. Przykład ubogiej wdowy z Ewangelii przypomina, że Bóg widzi serce człowieka, a ofiara wymuszona, zawstydzona lub oceniana według wysokości traci swój dobrowolny charakter.
Oba sny kończą się moim wyjściem z kościoła. Nie odczytuję tego jako wezwania do opuszczenia Kościoła rzymskokatolickiego ani do powrotu do protestantyzmu. Widzę w tym raczej obraz poszukiwania wspólnoty, w której prawda, porządek, miłosierdzie i bezpieczeństwo człowieka nie są sobie przeciwstawiane.
Moja końcowa refleksja
Nie odczytuję tego snu jako wezwania do ponownego powrotu do Kościoła protestanckiego. Po trzydziestu latach spędzonych we wspólnotach protestanckich powróciłem do Kościoła rzymskokatolickiego i właśnie tutaj czuję się bezpiecznie. Nie zamierzam ponownie zmieniać swojej przynależności kościelnej.
Sądzę jednak, że sen ten może zawierać osobistą refleksję dotyczącą wszystkich chrześcijan, niezależnie od ich wyznania. Prawdziwa wspólnota chrześcijańska powinna być miejscem, w którym człowiek spotyka prawdę, miłosierdzie, porządek, cierpliwość i empatię. Nie powinna pochopnie potępiać człowieka z powodu jego słabości, nietypowego zachowania albo trudności, których inni nie rozumieją.
W centrum życia każdej wspólnoty chrześcijańskiej powinien pozostawać Jezus Chrystus — Jego odkupieńcza śmierć, zmartwychwstanie, łaska i zbawcza obecność. Formy nabożeństwa, tradycje, emocje, urzędy i pieniądze nie mogą przesłaniać najważniejszego przesłania Ewangelii.
Prawdziwa wspólnota nie polega jedynie na wspólnym przebywaniu w jednym budynku ani na zachowywaniu określonych form religijnych. Polega również na wzajemnym noszeniu swoich ciężarów, przyjmowaniu drugiego człowieka z miłością, pomaganiu mu w powrocie do właściwego porządku oraz unikaniu pochopnych osądów.
Dlatego traktuję te sny przede wszystkim jako przypomnienie, abyśmy jako chrześcijanie nie zapominali, kim jest Chrystus i czym powinna być wspólnota zbudowana wokół Niego. Powinna ona prowadzić człowieka do Boga, a nie go odpychać; pomagać mu powstać, a nie jedynie wskazywać jego upadek; mówić prawdę, ale czynić to z miłością i miłosierdziem.